sobota, 27 lutego 2016

Gabriela, Anastazji

Halo halo, witam w Nowym Roku z lekkim opóźnieniem jak zwykle. Nie potrafiłam zebrać się w sobie, żeby coś napisać. Ciężko, ciężko... Weltschmerz zawitał w moje progi, choć wcale go nie zapraszałam, a potem już nie mogłam się go pozbyć i tak sobie współistnieliśmy przez jakiś czas. Wpada w odwiedziny, ale to już nie tak długoterminowe wizyty jak ta w styczniu. Mówi się, że początki są trudne, nie wiem czy początek roku też się do tego zalicza, ale u mnie łatwo nie było. Wszystko zaczęło się sypać, czas uciekał jak szalony, nie potrafiłam się zorganizować (dalej nie potrafię) i niczego ogarnąć. Mamy koniec lutego, jak jest każdy widzi. Póki co jest w miarę neutralnie. Ani źle ani dobrze. W jakiś sposób nawet mnie to pociesza, bo odbijam się od dna (jak z trampoliny!) i lecę w górę. Chce lecieć jak najdłużej, jak najwyżej i jak najszybciej. Zostały dokładnie dwa tygodnie do moich urodzin. Nie wiem czemu tak to przeżywam, liczba jak każda inna, a jednak coś się zmienia. Pomimo tego, że jestem oficjalnie już "dorosła" od jakiegoś czasu to jednak przeraża mnie to decydowanie o wszystkim. Z jednej strony chciałabym w końcu zacząć radzić sobie sama i żyć tak jak ja chce. Nigdy jednak tak nie było. Zawsze był ktoś kto pomógł mi w podjęciu decyzji, a nawet kiedy wybrałam źle to miałam wsparcie. W końcu przyszedł czas, że nie mogę liczyć na moje wsparcie i nawet moja decyzja może je zawieść i popsuć z nim stosunki. Kręcę się w kółko nie wiedząc co robić. Przerażona i zagubiona jak małe dziecko, które w tłumie straciło z oczu rodziców.