Kocham takie dni jak ten dzisiejszy. Kiedy niczym się nie przejmuje o niczym nie myślę, bo i nie ma o czym. Podejrzewam, że codzienność niedługo uderzy mnie mocniej niż zwykle i zarobie kilka pięknych siniaków. Wyczuwam tutaj jakiś toksyczny związek, od którego nie mogę uciec. Czekam na święta. Co śmieszne nie czekam na to, żeby spędzić czas z rodziną, ubierać choinkę, dostawać prezenty jak zwykle. Nie czuje tej atmosfery świąt. Czekam, żeby w końcu móc odpocząć. Od czego? Sama nie wiem chyba po części też trochę od siebie i codziennego zgiełku w życiu. Tak cholernie chce nic nie robić! Siąść w końcu nad książkami, które od dawna czekają aż je przeczytam, obejrzeć parę filmów, serii anime. W spokoju zacząć robić to co chce bez myślenia: jutro mam sprawdzian, nie zrobiłam zadania, nie zrobiłam tego, tego i tamtego, nie umiem, boże nie zdam. Jednocześnie chce się bardziej przyłożyć do nauki, ale za każdym razem kiedy obiecuje sobie: siądę na dupie i się pouczę to wszystko wydaje się ciekawsze niż podręczniki i zeszyty. Nawet gapienie się w ścianę wydaje się dużo bardziej absorbujące. Co mi po głupich notatkach czerwonymi literami skoro tak naprawdę nie mają dla mnie głębszego znaczenia. Są. I co z tego, że są? Nic. I właśnie o to chodzi. Coraz więcej rzeczy traci dla mnie sens. Ludzie są interesującymi istotami, ale lepiej patrzyć na nich z daleka. Wtedy istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że Cię ugryzą. Rany zadane przez ludzi nie goją się tak szybko i łatwo jak się niektórym wydaje. Można udawać, że tak jest. Wszystko można udawać. To jedna z bardziej niebezpiecznych, ale i przydatnych cech ludzkich. Nie radze sobie z życiem już teraz. Nie wiem co będzie w przyszłości. Czy w ogóle jest dla mnie jakaś przyszłość?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz